Smuda się miota
Mały apel: zróbmy 17 listopada dniem szczególnym dla polskiej piłki. W tym roku zebraliśmy tyle cięgów i upokorzeń, że trzeba poprawiać humor, czym się da. Zwolnijmy Franciszka Smudę!
Po meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej (z niecierpliwością oczekuję kavala Franza o nazwie państwa naszych najbliższych rywali) będzie chyba najdogodniejsza okazja na uratowanie Euro. Bo teraz już wszyscy widzimy: z nim u sterów płyniemy prosto na wielką lodową górę. Ostatnie poczynania selekcjonera, jego niemające poparcia w faktach wypowiedzi, zostały już niejednokrotnie wykpiwane. Tymczasem dzisiaj gruchnęła nowa wieść: Żewłakow i Boruc na wylocie! Powód? Wypicie małej buteleczki wina w samolocie. Smuda chce być konsekwentny, twardy, egzekwuje zasady, ale są to zasady nadzwyczaj kretyńskie.
Reprezentacja Polski nie jest prywatnym folwarkiem Franciszka Smudy. Nie musi on na poczekaniu rezygnować z najlepszego w Polsce bramkarza, jednego z lepszych skrzydłowych i najbardziej doświadczonego stopera, w imię pokazania jaki to on pryncypialny. Osłabianie drużyny w taki sposób zakrawa na sabotaż, porównywalny do tego, co wyprawiał Beenhakker, śląc powołania do Pazdana i Zahorskiego. Nie wydaje mi się, żeby dla kibica miało znaczenie, czy jakiś piłkarz golnie sobie po meczu. Ważne, żeby wyszedł trzeźwy i w pełni sił na mecz. Wystarczy. Przecież nikt nie urządzał libacji, nie chodził pijany po mieście, nie gorszył młodzieży. Ale cóż - Franz miękkim ch… robiony nie był i pokazuje swoje cojones. Miota się, aż przykro patrzeć.
Do tego dochodzi rola usłużnych me(r)diów, które nie wiadomo po co podsycają nastroje, pisząc o coraz to nowych szczegółach “afer alkoholowych”. Widać niektórzy dziennikarze nie wyrośli jeszcze z mleka.
1 Komentarz
